Wywiad z Prof. Ryszardem Legutko dla "Polska The Times"

W Polsce trwa impreza homoseksualna Europride, której punktem kulminacyjnym jest parada ulicami Warszawy. 
 - Europride - już sama nazwa jest wyjątkowo głupia.

Uważa Pan, że władze nie powinny się na to zgadzać?  
 - Były przypadki, kiedy w Polsce próbowano zakazać takich parad, np. w Warszawie. Rozpętało się szaleństwo w całej Europie. Polskę zaczęto piętnować jako kraj faszystowski. To pokazuje atmosferę ideologicznej histerii, jaka wokół tych spraw się wytworzyła. Mało który polityk odważy się wyrazić sprzeciw, gdyż zniszczyliby go nie tylko w Polsce, ale całej Europie. Ja akurat jestem członkiem Parlamentu Europejskiego, gdzie kocha się podobne akcje. Byłyby rezolucje, raporty, deklaracje, debaty, pogróżki.

Unia nie ingeruje w zapisy prawne dotyczące kwestii etycznych.  
 - Owszem, ingeruje, i to dość energicznie. Jeśli będzie ileś rezolucji, oświadczeń, deklaracji, to społeczeństwo, media, środowiska inteligenckie, politycy i partie polityczne w końcu się ugną. Istnieje także presja bezpośrednia poprzez orzeczenia trybunału, które prędzej czy później będą miały swoje odpowiedniki czy konsekwencje w Polsce.

W demokracji każdy ma prawo do manifestowania swoich poglądów.  
 - Jest pytanie o to, co jest poglądem, a co zachowaniem. Przy wprowadzaniu zakazu można się powołać na kategorię publicznego zgorszenia. Widziałem taką paradę w Madrycie. Maszerowały miliony osób na czele z panią minister od równości czy od czegoś równie absurdalnego. Przyznam, że to zrobiło na mnie wrażenie. Odrażający widok. Manifestantom, którzy zachowywali się niezwykle agresywnie, chodziło o to, żeby obrazić tych, których uważają za swoich wrogów, czyli katolików, Kościół katolicki, normy obyczajowe, poczucie stosowności. A to jest efekt kuli śniegowej; to, co się dzieje za granicą, przychodzi szybko do Polski.

Co Pan sądzi o tym, że parada gejów w Polsce odbywa się pod hasłem "Nie lękajcie się"?  
 - To potwierdzenie tego, co mówię. Aktywiści homoseksualni zaczynają sobie poczynać i u nas brutalnie po to, by stępić naszą wrażliwość i upokorzyć innych. Praktycznie mogą robić, co chcą, bo im nikt nie podskoczy, a każdy opór będzie surowo napiętnowany. To święte krowy, tyle że o dużym stopniu szkodliwości.

Każdy prezentuje jednak inną wrażliwość. Może niektórych taki widok porusza czy gorszy, ale innych nie. A jeśli geje nie łamią prawa, jakie są podstawy do sprzeciwu?   
 - Ktoś poczuł się zgorszony widokiem krucyfiksu na ścianie i Trybunał Europejski uznał, że osoba zgorszona powinna zostać wzięta w obronę: nakazano usunąć krzyże ze szkół. To była jedna osoba. Tutaj natomiast mamy setki tysięcy czy miliony ludzi zgorszonych zachowaniami aktywistów homoseksualnych, lecz im protestować nie wolno. W ten sposób dochodzi do niezwykłego złamania proporcji, odejścia od przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Wytworzyła się bardzo rygorystyczna ortodoksja na całym świecie. Wszyscy, którzy się w niej nie mieszczą, są tępieni za pomocą środków prawnych, a także poprzez wszelkiego rodzaju ostracyzmy. Nawet ludzie boją się myśleć w inny sposób, bo jest to zbrodniomyśl. Ja obserwuję w Parlamencie Europejskim moich kolegów, którzy są tak zaprogramowani, że w każdej sytuacji muszą coś wtrącić o prawach homoseksualistów, tak jak kiedyś za komuny ludzie byli tak zaprogramowani, że zawsze coś musieli powiedzieć dobrego o ZSRR. To nowa forma umysłu zniewolonego.

Jak pogodzić prawa większości z prawami mniejszości czy jednostek? Każdy ma przecież prawo robić to, czego nie zabrania mu prawo.  
 - Myślenie w kategoriach praw zostało zabsolutyzowane i otworzyło drogę do zupełnej nieodpowiedzialności. Już dawno tzw. prawa jednostek i grup przestały mieć cokolwiek wspólnego z prawami w sensie klasycznym, a stały się pospolitymi roszczeniami. Aktywiści homoseksualni domagają się prawa do małżeństwa i adopcji dzieci. To jest kompletnie absurdalne i jeszcze kilka lat temu każdy, kto takie żądanie by zgłaszał, zostałby uznany za wariata. Wystarczyło jednak kilka lat uporczywego domagania się i oto już nie mówimy o niemądrych roszczeniach, lecz o niezwykle ważnych prawach. Tu pojawił się jednak problem. Homoseksualiści to osoby jednej płci, a więc nie podpadają pod kategorię małżeństwa ani nie mogą mieć dzieci. Nic to. Zmieniamy zatem definicję małżeństwa, zmieniamy strukturę rodziny, zmieniamy sposób myślenia o moralności, robimy rozmaite eksperymenty społeczne, niezwykle kosztowne i o możliwie poważnych konsekwencjach. A wszystko po to, by zaspokoić arbitralne roszczenia grupy krzykaczy, którym się udało zdobyć wpływy. Staliśmy się zakładnikami grup ideologicznych i jesteśmy zupełnie niezdolni do obrony podstawowych instytucji społecznych i podstawowych zasad moralnych.

Czyli przestrzegane są prawa mniejszości, a łamane - większości?  
 - To jest tyrania mniejszości, która zdołała przejąć główne instytucje, główne ideologie w świecie zachodnim. Oni teraz weszli w te instytucje europejskie i dyktują warunki.

Możemy się nie zgadzać z innymi, ale należy ich tolerować.  
 - Paradoks polega na tym, że wśród tych głównych pałek, jakich się używa po to, by uciszyć tych wszystkich, którzy w tej ortodoksji się nie mieszczą, jest pałka tolerancji. Tolerancja stała się świętą zasadą. Kto jest przeciw niej, nie mieści się w świecie cywilizowanym i reprezentuje jakiś gorszy rodzaj człowieka. To niemądre.Niepokojący jest fakt, że współczesne społeczeństwa posługują się słowami, których nie rozumieją. Tolerancja oznacza, że coś się dopuszcza. Ale nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, iż czasami dopuszczenie czegoś jest dobre, a czasami złe. Sam fakt tolerowania jest z konieczności neutralny. Tymczasem u nas zapanowało takie przekonanie, że postawa tolerowania sama z siebie jest czymś dobrym. Ja nazwałbym to raczej postawą kapitulanctwa, zaniechania, lenistwa i gnuśności.

Tolerancja - jedna z zasad w demokracji liberalnej - ma zabezpieczać prawa jednostek.  
 - Teoretycznie tolerancja ma na celu poszerzenie wolności. Ale stosuje się tę kategorię wyjątkowo nieuczciwie i posługując się nią, zamyka się usta. Kiedy aktywiści homoseksualni występują ze swoimi horrendalnymi żądaniami i ktoś im powie, że te żądania są nie do przyjęcia, natychmiast pada zarzut nietolerancji, który zamyka dyskusję. Za tym stoi taki oto wywód: "ja jestem osobą tolerancyjną, a pan nie; w związku z tym z panem nie będę rozmawiał, bo ja rozmawiam tylko z osobami tolerancyjnymi; z panem to będzie rozmawiał mój prawnik na procesie, który panu wytoczę". Można wysuwać najtrafniejsze argumenty, lecz one nie zostaną podjęte, ponieważ zarzut "nietolerancji" całą sprawę uciął. Nie można argumentować przeciw zmianie definicji małżeństwa, ponieważ to oznacza nietolerancję. Dlatego rozmaite grupy, na przykład aktywiści homoseksualni, mogą sobie poszaleć i pod hasłem tolerancji zgłaszają najdziwaczniejsze postulaty.

Należy wyrzucić słowo "tolerancja" ze słownika?  
 - Tak. Są takie słowa, które pauperyzują nasz język i umysł. Tolerancja do nich należy. W naszych ocenach moralnych odwołujemy się zwykle do idei twardych, jak sprawiedliwość, prawda czy słuszność, ale one nie są w stanie podźwignąć całości relacji moralnych. Dlatego potrzebujemy także wartości miękkich, które łagodzą relacje między nami i ocieplają je, takich jak życzliwość, wyrozumiałość, kompromisowość, współczucie, przyjaźń i wiele innych. One wszystkie są różne, opisują co innego i stosują się do różnych sytuacji. W całości tworzą jednak wielkie bogactwo moralne, które staje się naszym udziałem dzięki wychowaniu moralnemu. Otóż to wszystko zniknęło wyparte przez sterylne i zideologizowane słowo tolerancja. Tamtych rzeczy już się nie uczy. Uczy się natomiast tolerancji, która oznacza, między innymi, że jak się spotykasz z postulatami ruchu homoseksualnego, to masz dwa wyjścia: albo się zamknąć, albo je głośno poprzeć. Taki wniosek wyciągają uczniowie z nauk tolerancji. Faktycznie jest to niszczenie moralności.

 

Rozmawiała Barbara Stefańska, źródło : Polska The Times, 16 lipca 2010 r.