Aktualności

Ryszard Legutko dla portalu "Wpolityce.pl"

16 stycznia 2018 r.

Trzeba użyć wielu fortepianów i innych instrumentów, na których równolegle powinniśmy grać. Zwlekanie i odwlekanie problemów negocjacyjnych jest jednym z tych instrumentów

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Ryszard Legutko, europoseł Prawa i Sprawiedliwości.

wPolityce.pl: Panie profesorze, jak z perspektywy europosła odbiera Pan decyzję Parlamentu Europejskiego ws. procedury przeciw wobec Polski? Część komentatorów chce widzieć w tym pewną odwilż na linii Warszawa - Bruksela. Ale może jednak to przesadny optymizm i tylko techniczny ruch związany z decyzją Komisji Europejskiej…

Prof. Ryszard Legutko, europoseł Prawa i Sprawiedliwości: Zdecydowanie chodzi o drugi wymieniony przez Pana scenariusz. Politycznie jest to bez znaczenia. Dalsze polityczne działanie PE ws. uruchomienia art. 7 stało się zbędne, bo przejęła to na siebie Komisja Europejska, więc nie było powodu, by pisać to sprawozdanie i wnioskować.

W żadnej mierze nie jest to żaden gest pojednawczy wobec Polski. Spośród wszystkich instytucji europejskich PE jest ostatnią, którą stać na jakikolwiek gest pojednawczy wobec Polski. Nie możemy popadać w naiwność i sentymentalizm, bo będą to tylko złudzenia. PE ma się zebrać i uchwalić kolejną rezolucję ws. praworządności w Polsce, zapewne poprzedzoną zresztą kolejną debatą na temat naszego kraju. Możemy zatem spodziewać się, że te wszystkie okropne i kłamliwe rzeczy, które mówi się o Polsce, będą jeszcze raz powtórzone. Być może nawet w formie wzmocnionej. PE będzie mówił tym samym do KE: „Śmielej, towarzysze, śmielej!”.

Na pewno dostrzega Pan jednak pewne oczekiwania w Polsce po rekonstrukcji rządu. Oczekiwania dotyczące jakiegoś przełamania czy przełomu w relacjach Polski z KE. Pan jest optymistą, czy raczej zwolennikiem tezy: „Żadnych złudzeń, panowie!”?

Oczywiście hasło: „Żadnych złudzeń” jest zawsze dobre w polityce. Specyfika PE jest taka, jaka jest i szkoda na ten temat poświęcać czasu.

Natomiast warto prowadzić działalność dyplomatyczną i spotykać się z tymi ludźmi i środowiskami, od których zależą realne decyzje. Mam na myśli kierownictwo Komisji Europejskiej i przedstawicieli krajów członkowskich.

Jacek Czaputowicz był wczoraj w Bułgarii. Jest też zapowiedziana rozmowa Czaputowicz - Timmermans.

Tak. Przedstawiciel Bułgarii wypowiedział się krytycznie o tym horrendalnym wywiadzie Donalda Tuska - później się z tego częściowo wycofał, jakby orientując się, że w UE nie można mówić, co się myśli, bo tutaj obowiązuje dyscyplina.

Ale jakaś przestrzeń polityczna tutaj istnieje. W sprawie polskiej jest kilka wątków: najtrudniejszy jest ten prestiżowy, który wprowadził do naszych relacji Timmermans. On zaangażował się bardzo mocno personalnie, traktując stanowisko KE jako swoje. Doszło do sytuacji, w której trudno mu jest się wycofać bez utraty twarzy. Rząd polski zresztą też sprawę stawia bardzo mocno. A sprawa Polski jest przecież szersza, to w gruncie rzeczy dyskusja o tym, jak dalece może ingerować KE w prerogatywy rządów. I to jest coś, co wywołało sporo złej krwi w Unii Europejskiej, także w środowiskach rządów poszczególnych państw. Warto też pamiętać, że kadencja obecnej Komisji Europejskiej jeszcze potrwa, ale ten horyzont również jest ograniczony.

Sugeruje Pan grę na czas, przeczekanie, pozorowanie ruchów?

Trzeba użyć wielu fortepianów i innych instrumentów, na których równolegle powinniśmy grać. Zwlekanie i odwlekanie problemów negocjacyjnych jest jednym z tych instrumentów.

Polskę stać również na to, by - nawet jeśli doszło do głosowania - zbudować koalicję państw, które będą w stanie zablokować procedurę na forum Rady Unii Europejskiej. Musimy wykonać wiele pracy równocześnie.

not. Marcin Fijołek